O „Czasie na głębokości” mówiłem i pisałem już co najmniej kilkanaście razu. Było to przy okazji festiwalu zegarków w Łodzi (2 i 3 edycji), spotkań KMZiZ i innych, mniej oficjalnych spotkań miłośników zegarków. Te wszystkie prezentacje mojej pracy, chociaż bogate w informacje i fakty, miały jedną wadę. Brakowało im mianowicie perspektywy czasu, dystansu, z którego sam mógłbym ocenić to dzieło. Teraz, czyli w połowie 2020 r. wreszcie zaczynam zdobywać ten dystans i mogę sobie pozwolić na kilka słów refleksji. Będzie to relacja bardziej autorska, opowiadana od zaplecza, a nieco mniej skupiająca się na faktach i liczbach.

Zdj. 1. „Czas na głębokości – historia i rozwój zegarków do nurkowania” I wydanie z grudnia 2018 r.

Na obecną chwilę nie jestem w stanie sobie dokładnie przypomnieć, kiedy i co było impulsem do napisania tej książki. Na pewno była to jesień 2017 r. w trakcie lub zaraz po festiwalu „It’s all about watches” w Łodzi. Możliwe, że była to seria rozmów, wątków i innych przesłanek. W każdym razie pod koniec 2017 r. wiedziałem, że chcę napisać książkę o historii zegarków do nurkowania, a już w grudniu miałem gotowy wstępny konspekt i harmonogram pracy. Dlaczego divery? Już od pewnego czasu ich stylistyka była mi bliska, geneza była dla mnie bardzo zajmująca i miała ten pierwiastek „romantyzmu”. Jako typowy „chomik” miałem również na dysku sporo materiałów archiwalnych o zegarkach tego typu. Nie było wyjścia 🙂

Zdj. 2. Instytut Europejski w Łodzi, miejsce I edycji festiwalu zegarków „It’s all about watches”

Pisanie rozpocząłem praktycznie „z marszu” od początku stycznia 2018 r. Nie było wielkich analiz, kalkulacji budowania strategii. Może i dobrze, bo nie do końca zdawałem sobie sprawę, na co się porywam i wszedłem w temat odważnie i bez wielkich obaw. Funkcjonując na co dzień w środowisko zegarkowym, przeprowadziłem natomiast badanie rynku i miałem dobrą orientację, jaki będzie potencjalne zainteresowanie książką. Czy był to dobry czas? Wówczas wydawało się, że najgorszy z możliwych. Pod koniec 2017 r. urodził się mój syn, co samo w sobie było już bardzo zajmujące, a w połączeniu z jego kiepskim zdrowiem robiło z tego projektu małą Mission Impossible.

Do samego procesu pisania podszedłem w sposób metodyczny. W dobie internetu i nowych technologii kupiłem gruby zeszyt w kratkę. Miał mi on pomóc w samodyscyplinie, śledzeniu postępów pracy i notowaniu na bieżąco pomysłów i uwag. Przez prawie rok był niemal zawsze przy mnie 😉

Właściwie z dnia na dzień stałem się zawodowcem, przynajmniej jeśli chodzi o dyscyplinę pracy. Od początku miałem świadomość, że tylko regularność pozwoli doprowadzić mój zamysł do końca. Wzorem był dla mnie Tomasz Mann i jego filozofia pisania:

– nie czekaj na wenę, sam ją wywołaj

– pisz każdego dnia, a nie raz na jakiś czas, kiedy masz ochotę

– pisanie to twoja praca, siadasz na dupie i piszesz

To tak z grubsza. Początki były trudne, ale koniec, końcem od stycznia do października 2018 r. były może 2 lub 3 dni, w których nie pisałem. Dobowe minimum, jakie sobie założyłem, wynosiło 200 słów i nie jest to wbrew pozorom mało przy pracy popularnonaukowej, gdzie należy sprawdzać źródła, szukać faktów itp. Zazwyczaj udawało mi się przekroczyć dzienną normę, czasami nawet o 300%

Zdj. 3. Przykładowa strona z mojego niezawodnego zeszytu. Mam go do dzisiaj

Mój typowy dzień wyglądał zazwyczaj tak:

Pobudka ok. 6 50 – 7 rano. Ogarniecie śniadania dla córki, pierwszej kawy dla siebie, mycie – opcjonalnie – zagonienie córki do szkoły.

8 00 – 8 15 druga kawa i siadam do pisania. Gdzieś po drodze śniadanie lub drugie śniadanie i 3 kawa.

Ok. 13 kończyłem I blok pisania. Tutaj był czas na jakieś domowe obowiązki; obiad, zakupy, pomoc żonie przy synu, lekcje z córką, trening itp. Czasami po południu/wieczorem udało się jeszcze popisać 2-3 h, ale nie zawsze.

Ok. 21 rozpoczynałem, zazwyczaj od kawy nr 5 (bo 4 była gdzieś wieczorem) II, czyli nocny blok pisania. Tutaj moja fizjologia Nocnego marka okazała się błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Starałem się nie pracować dłużnej niż do godz. 2 w nocy, ale jeśli jakieś zagadnienie wymagało głębszego reserchu lub pisało mi się wyjątkowo dobrze, to zdążało się pracować do 3, a nawet 4 nad ranem. Było to błogosławieństwo, bo pozwoliło mi stworzyć książkę, która w trzeźwej ocenie powinna być pisana w 2 lata, w 10 miesięcy mega intensywnej pracy. Przekleństwo, bo następnego dnia musiałem wstać o 7 ……… skutkiem tego dość szybko zacząłem przypominać tytułowych bohaterów serialu Walking Dead i straszyć rano dzieci w szkole 😉

Zdj. 4. Moja „Baza” i centrum świata w 2018 r. Żadnych luksusów, ale praca szła aż miło.

Mimo to pisanie szło na tyle sprawnie, a tematyka pracy domykała się tak zgrabnie, że już w czerwcu 2018 r. na spotkaniu Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków w hotelu Marriott w Warszawie ogłosiłem w wąskim gronie, że niedługo ukaże się książka o zegarkach do nurkowania mojego autorstwa. Po takiej deklaracji nie było już odwrotu. Również w czerwcu ruszył fanpage książki na Fb oraz padła decyzja, aby spróbować wydać książkę do końca roku, tak aby mogła trafić do zainteresowanych „pod choinkę”.

To tylko podkręciło tempo pracy i dołożyło mi dodatkowego stresu i obowiązków. Już od pewnego czasu wiedziałem, że chcę wydać książkę w klasycznym Self publishingu (wszystko organizuję sam). Od tego momentu poza pisaniem musiałem zatroszczyć się również o:

– redakcję

– korektę

– skład/dtp

– znalezienie drukarni

i niedanie się przy tym wszystkim oskubać 😉 Właściwie wszystkiego uczyłem się od początku metodą „uderz, uciekaj i patrz, co się stanie” ……

Sam proces wydania książki jest w mojej ocenie trudniejszy, bardziej złożony i stresujący niż samo pisanie. Co za tym idzie intensywność pracy we wrześniu, październiku i listopadzie osiągnęła absolutne apogeum. Wtedy byłem już „wrakiem człowieka”. W październiku odpuściłem nawet całkowicie treningi lekkoatletyczne. Do tego czasu sport pozwalał mi utrzymywać zdrowie psychiczne, co było bardzo ważne przy napiętej i nerwowej sytuacji w domu – o tak, pisanie książki to nie romantyczny obrazek, to ciężka praca i „wyrywanie” sobie nawzajem czasu. W październiku kumulacja zmęczenia była jednak tak duża, że nie byłem w stanie wykonać treningu, a po nim usiąść do pracy.

Po licznych perypetiach z korektą (zmiana wykonawcy w ostatnim momencie, co niestety wpłynęło na jej jakość) i jeszcze większych z drukarnią, na początku grudnia, ok. 2-3 tyg. po zakładanym terminie, pierwsza partia świeżo wydrukowanych książek dotarła do mnie. Szczęśliwym wyborem był natomiast wykonawca składu książki. Tutaj wielkie podziękowania dla Pani Delfiny Korabiewskiej z firmy Smart DTP. Jej cierpliwość na setki poprawek i uwag z mojej strony sprawiła, że przez 2 miesiące współpracy nie było pomiędzy nami ani jednego zgrzytu lub ostrej wymiany zdań.

Zdj. 5. Pierwszy kontakt z własną książką na papierze. Pewnie miły moment dla większości autorów

Pozostała jeszcze dystrybucja, ale dzięki sprawnej organizacji (miałem wcześniej przygotowane nalepki adresowe, oklejone koperty itp.) i pomocy Maćka oraz mojej rodziny dystrybucja kilkuset egzemplarzy zajęła nam niecałe 10 dni. Do 20 grudnia ok. 95% zamawiających otrzymała swoje książki i mogłem pomyśleć o Świętach i rodzinie.

Święta, Nowy rok i początek stycznia były fajne. Miałem pewną satysfakcję z ukończonej pracy, a feedback od Czytelników i opinie dotyczące książki w sieci były pozytywne i entuzjastyczne. Szybko jednak dopadła mnie jakaś apatia. Może to była świadomość, że można było to napisać lepiej, doszlifować temat. Może był to brak codziennej rutyny lub treningów, bo do tych wróciłem dopiero w lutym. Tego do końca nie wiem, ale minęło to dość szybko, bo już w marcu zacząłem prace nad II, poprawionym i uzupełnionym, wydaniem. Była to wypadkowa moich spostrzeżeń i opinii od Czytelników, co przełożyło się również na sporą ilość nowego materiału.

Prace nad II wydaniem były zdecydowanie łatwiejsze. Miałem już:

– bazowy tekst do uzupełnień i poprawek

– doświadczenie

– więcej czasu na pozyskanie informacji i zdjęć do książki

– „know-how” wydawnicze i doświadczenie w selfpublishingu

Nowa publikacja ujrzała światło dzienne w listopadzie 2019 r. pod postacią znacznie uzupełnionej i mocno poprawionej książki o skróconym tytule – „Czas na głębokości – historia zegarków do nurkowania”. Jest ona nadal dostępna w sprzedaży.

Zdj. 6. „Czas na głębokości – historia zegarków do nurkowania” – lepsze jest wrogiem dobrego

I właściwie tu historia tej publikacji mogłaby się zakończyć. Natomiast dla mnie zwieńczeniem ponad 2-letniej pracy będzie wydanie książki w języku angielskim, które mam nadzieje uda się zrealizować do końca bieżącego roku. Jeśli chcieliby Państwo wesprzeć ten projekt, można to zrobić w tym miejscu.

Zegarki do nurkowania nadal kryją wiele ciekawych historii. Każda z nich to materiał na wartościowy artykuł. Postaram się, aby kilka już niedługo trafiło na stronę.

Z Poważaniem

Mateusz Piechnik